Brzegiem Bałtyku
Mówili na nią Słońce
Historia wędrówki brzegiem Bałtyku
Wstęp
Każdy dokądś idzie. My – Przemek, Tomek, Kuba – poszliśmy na wschód. Ruszyliśmy ze Świnoujścia, dojdziemy, gdzieś tam, nie wiadomo gdzie. Mając nad sobą słońce, po lewej morze, a po prawej piasek* widzieliśmy i przeżyliśmy rzeczy, o których się plażowiczom nie śniło.
Odwiedziliśmy najpiękniejsze wydmy Zachodniego Pomorza i najmroczniejsze zaułki Mielna. Czasem nie widzieliśmy nikogo przez pół dnia, czasem widzieliśmy ludzi po horyzont. Zmagaliśmy się z upałem, wiatrem, deszczem o każdy kolejny kilometr (skutecznie) i z automatami o pluszaka (gorzej). Wybrzeże Bałtyku nie ma dla nas tajemnic, przynajmniej do Darłówka. Gdyby kiedyś przyszło wam do głowy iść w nasze ślady, niech ten pamiętnik będzie dla was źródłem wiedzy.
Nie wszyscy z was dotrą na miejsce. Niejednemu spuchną nogi, niektórych zje morświn. Ale ci, którzy ukończą tę przygodę będą mieli co opowiadać wnukom. „Tak wnusiu, dziadek szedł brzegiem Bałtyku. A było to tak…”
* Chyba, że ktoś szedł tyłem. Wtedy nie
Dzień 1.
Nudyści i dmuchańce
TLK Uznam nocą to pociąg śpiący. Z jednej strony wszyscy dookoła chrapią, trzeba więc odciąć się od dźwięków zewnętrznych. Z drugiej, należy zachować czujność w Poznaniu, gdy tamtejsi wsiadający będą chcieli zająć twoje miejsce. Na bilecie pociąg ten sam, miejsce to samo, data ta sama. Rywal trzy razy większy w barach, a ty nieco zaspany. Pobieżne ustalenie zasad kalendarza pozwala dociec, że nasz 19 lipca z Warszawy jest słuszny, a jego 19 lipca z Poznania odjechał dzień wcześniej, bo przecież jest już po północy, więc siłą rzeczy poziom podkurwienia mu się utrzymuje, ale możemy z powrotem zapaść w sen.
Ponieważ podczas intensywnych przygotowań bardzo skupiliśmy się na tym jak do cholery dojechać ze Szczecina do Świnoujścia wcześnie rano, nie skojarzyliśmy że pociąg który zarezerwowaliśmy do Szczecina, jedzie… do Świnoujścia. Trzeba się więc było przesiąść w ten sam pociąg. Ale krótko po ósmej rano wysiedliśmy na zachodnich rubieżach Bałtyku.
Na dworcu okazało się, że do morza mamy jeszcze kawał drogi. Byliśmy głodni, a – niespodzianka – znalezienie otwartego sklepu w sobotę rano okazało się wyzwaniem. Miasto leży na wyspach, trzeba przekroczyć Świnę, przedrzeć się przez jakieś chaszcze, przejść obok czegoś, co wygląda jak baza wojskowa, zanim wyjdzie się na plażę. Kto nie zakładał szkieł kontaktowych w plażowym toi toiu, ten nie zna życia. Ale na plaży… Bajka! Na Wolinie plaża prawie puściutka. Połaziliśmy trochę po sypkim piachu, w którym przyjemnie zapadały się nogi, nie wiedząc, że to ostatni raz gdy zapadanie się nóg w piachu uznamy za przyjemne.
Ruszyliśmy. Wyobraźcie sobie, że idąc brzegiem morza… nie idzie się prosto. Brzeg, choćby najbardziej łagodnej plaży, schodzi do morza pod pewnym kątem. Na spacerze z psem nie zwrócicie na to uwagi, ale idąc całym dzień szybko zaczniecie się zastanawiać. Dlaczego prawa noga ma bliżej do piasku niż lewa? Trzeba kombinować. Dalej od wody jest bardziej równo, ale grząsko. Bliżej wody jest twardo, ale krzywo, w dodatku można zamoczyć buty. Pierwsze dwa dni marszu to kwestia wyboru ulubionego fragmentu plaży i tego, czy w butach, czy bez.
Tomek wyrwał do przodu więc pierwszy, około południa doszedł do Międzyzdrojów. Wcześniej, wzdłuż Półwyspu Przytorskiego, nie było, żywej duszy. Nie licząc nielicznych* nudystów, którzy obserwowali nas z daleka. Coś takiego musiał widzieć Krzysztof Kolumb, gdy lądował na Karaibach. Potem pojawili się pojedynczy ludzie.
Potem zrobiło się ich więcej, z ręcznikami i parawanami. Potem na plaży zaczęło się robić tłoczno.
Potem trzeba było iść wodą, bo na piachu już nie było miejsca.
Potem chodziliśmy już po czyichś nogach i roztrącaliśmy biegające dzieci, którymi i tak rodzice interesowali się z rzadka.
A potem weszliśmy do miasta.
Tokio? Bombaj? Nowojorski Manhattan? Nie to Międzyzdroje w szczycie sezonu. Gdyby więźniów filipińskich więzień wypuścić tam w środku lata, po kwadransie płakaliby, że takie zatłoczenie jest nieludzkie. Żaden z wielkich bazarów w Stambule, Kairze, czy Damaszku nie może się pochwalić takim natężeniem ludzi, dźwięków i zapachów, jak ul. Bohaterów Warszawy. Ludzie są półnadzy, dźwięki to zwykle krzyki dzieci, które chcą dmuchańce, a wśród zapachów walczą o prymat smażona ryba i kręcona frytka.
* Pięć minut spędziliśmy na rozważaniu, czy to „masło maślane”, uznaliśmy że nie.
Dzień 2.
Piekło
Słoneczny poranek przywitał nas gorącą czekoladą zaserwowaną nam przez hotelarzy, razem z historią rodzinną, która sprowadza się do tego, że skromni pracownicy branż kreatywnych z Warszawy nigdy nie dostąpią fruktów które życie serwuje posiadaczom majątków nad Bałtykiem. Prowadzenie działalności hotelowej to dla nich w zasadzie hobby, które pozwala na wysłanie dzieci na studia do Niemiec. Po uświadomieniu sobie niskiej pozycji na drabinie społeczno-ekonomicznej, ruszyliśmy w dalszą drogę.
Dziwnów to bardzo „rozwlekłe” miasto, zajmujące długi kawałek wybrzeża. W kierunku wschodnim wyprowadza z niego drewniana promenada, więc początek dnia mieliśmy spokojny i wygodny. Dodatkowo, po drodze mija się tylko niewielki Dziwnówek, więc i tłumów na plażach nie było. To był bardzo malowniczy fragment. Prawie w całości zarośnięty lasem na nieco wyniesionej wydmie, która czasami była klifem.
Prawie. Dziwnówek widać z daleka, dzięki inwestycji Porta Mare, czyli na oko stupiętrowym wieżowcom, jakby żywcem wyjętym z Mordoru, pierdolniętym w otulinie plaży. Przy czym „w otulinie” to eufemizm, bo one w zasadzie wchodzą do morza. Ktoś komuś solidnie dał w łapę, więc może sprawiedliwie paru najemców wykończy ekonomicznie pandemia? Ale nic to w porównaniu z widokiem na Pobierowo. Titanic? Statek kosmitów? Nie, to Hotel Gołębiewski. Jeśli więc ktoś lubi spędzać wakacje w cieniu apartamentowców, polecamy. My raczej te miejscowości będziemy omijać, choć między Dziwnówkiem a Pobierowem jest wspaniały fragment luźnej plaży.
W okolicy Pobierowa objawiło się kilka kłopotów, które będą cisnęły również Was, jeśli zdecydujecie się iść w nasze ślady. W uproszczeniu, gdzie zrobić kupę? Ten ważki problem zmusił jednego z nas, więc i wszystkich, do skręcenia do miasta w poszukiwaniu kafelków i porcelany. Po pierwsze dlatego, że jesteśmy ludźmi jednak, kurwa, kulturalnymi, po drugie, po co narażać się na mandat. Nadmorskie lokale niechętnie przyjmują korzystających z toalety, więc postanowiliśmy przystanąć na kawę. Kawy nie było, więc daliśmy wyraz naszemu niezadowoleniu zajmując stolik przez 20 minut w oczekiwaniu na towarzysza.
W marszu brzegiem Bałtyku szalenie ważna okazuje się bielizna. Szkoły są różne. Można „na luźno”, można „na obciśle”. W każdym razie Przemek zaczął narzekać na piekące uda, co zmusiło nas do poszukania apteki. Pierwsze maści, pierwsze plastry, pierwsze kulejące kroki, pierwsze przekleństwa twardych nawierzchni. Jak dobrze pamiętacie plaża jest pochyła i to problem. Ale zejście z plaży oznacza wejście na twardy teren i to też problem.
Ale gdzież to się zdarzyło? Trzęsacz! Ten Trzesacz! „Akropol Bałtyku”, znany najbardziej ze swojej rozpadającej się ruiny. Niestety rozczarowuje, bo nadmorska budowla już się nie wali. Cały klif został obłożony stalowymi linami i siatką. Wydaje się, że stojący na skraju przepaści kościół, skazany na upadek, z czym już wszyscy się chyba pogodzili, a może na to czekają, jest jeszcze rozpaczliwie ratowany przez państwo.
Zastrzegamy, że powyższego nie należy traktować jako ogólniejszy komentarz.
W Trzęsaczu jest nawet specjalnie zbudowany pomost. Największą atrakcją jest więc obserwowanie rachitycznych pozostałości kiedyś potężnego kościoła i nienaturalnych protez utrzymujących jego podstawę, bez których zwyczajnie by się zawalił.
Zastrzegamy, że powyższe nie jest żadną metaforą.
Czy wspomnieliśmy, że w Trzęsaczu piekło?
Na pewno zadajecie sobie też pytanie – kąpać się, czy się nie kąpać? Pewnie wyobrażacie sobie, że marsz polega na spacerze przecinanym przygodnym wskakiwaniem do wody. Nic bardziej mylnego. Tam gdzie jest tłum ludzi, kąpiel nie sprawia przyjemności. Tam gdzie ich nie ma, nie ma też ratownika, a w Bałtyku co roku topi się dość dużo ludzi. Kąpiel to też przystanek, a czasem po prostu szkoda na to czasu. Ale z drugiej strony szkoda nie skorzystać z możliwości wejścia do morza kiedy się chce i gdzie się chce. Kuba korzystał, a że lato przypiekało słońcem, schnięcie odbywało się na bieżąco.
Finiszowaliśmy w Niechorzu, mieście falochronów, latarni morskiej i oszukańczych szaszłyków. Na własnej skórze poczuliśmy nadmorski biznes, gdy okazało się, że do szaszłyka dodatkowo płatny jest keczup (złotóweczka) i bułka (złotóweczka). Tym razem rozbiliśmy się na samym końcu wielkiego pola namiotowego, co oznaczało, że spacer do jadalni lub pod prysznic (na żetony) zajmował kilometry. A w nocy zerwała się wichura, zwiastująca załamanie pogody.
Dzień 3.
Niemiecka Wiktoria w deszczu
Ranek powitał nas pięknym słońcem, co oznaczało, że nocna wichura po prostu chciała nas oszukać i zniechęcić (Nas? Niedoczekanie!). Przeszliśmy kawał Niechorza dokonując niezbędnych zaopatrzeń. W pewnym momencie przysiedliśmy na kawę, leniwie obserwując zwykłych ludzi pracy w ich codziennej, niezmiennej drodze na plażę. Jednocześnie oklejaliśmy się kosmicznymi plastrami na odciski, które kupił Tomek. Zaawansowane biotechnologicznie rozwiązanie powoduje, że półpłynny opatrunek w zasadzie integruje się z ciałem, niebezpiecznie zbliżając nas do ery androidów. Choć to rozważania na inny esej.
Obsługiwała nas bardzo miła kelnerka, więc zrobiło nam się bardzo przykro, gdy kilkanaście godzin później okazało się, że chyba nie zapłaciliśmy za kawę („Ale płaciłeś?”, „Myślałem, że ty?”). Tym bardziej, że nie było innych klientów, zbieraliśmy się dość długo. Ale sami siebie też chyba byśmy nie zatrzymali.
Po minięciu kanału łączącego jezioro Liwia Łuża z Bałtykiem trafiliśmy na plażę, a po minięciu Pogorzelicy trafiliśmy na pustą plażę i tak przez kolejne kilkanaście kilometrów. Ach, jak piękne jest to miejsce! Nie ma drugiego takiego na zachodnim wybrzeżu. Żywego ducha, szeroki pas piachu, lekko zmierzwiona powierzchnia morza. Cieszyliśmy się przestrzenią pierwszą, drugą, trzecią godzinę…
Potem zaczęło być to trochę nużące. Maszty mola w Mrzeżynie, widoczne od dłuższego czasu jak oaza na pustyni, wcale się nie przybliżały. A orientowanie się w takiej wyprawie na obiekty w oddali do niczego się nie przydaje. Brzeg jest zawsze krzywy, a latarnia którą widzicie przed sobą zawsze jest pięć kilometrów przed wami. „Mrzeżyno? Tak ze dwadzieścia minut” – zapewniła nas para, którą minęliśmy po drodze, co – okraszając przykrymi epitetami – wspominaliśmy półtorej godziny późnej.
Przed samym Mrzeżynem pojawiły się falochrony. Falochron to wróg. Falochron jest zdradliwy. Falochron zaburza linię brzegową. Falochron przegradza twardy kawałek plaży kierując na piasek. Nie wiadomo, czy falochron obejść nadkładając drogi, czy przeskoczyć, co jest męczące i ryzykowne, bo bywa śliski, a za nim może być woda. Zmęczony wędrowiec odlicza kolejne mijane falochrony, a ich jest niezmiennie dużo. Dziesiątki, setki, tysiące…
Molo w Mrzeżynie chroni ujście Regi, w którym zresztą znajduje się malowniczy port. To miejsce było naszym kulinarnym celem. Zmierzaliśmy do restauracji „U Rybaka Mariana” polecanej gorąco w innych serwisach piachopiechurów…
(którzy umieją na tym zarabiać pieniądze, ale my jesteśmy ponad to, jesteśmy artystami chodzenia po piasku i nie robimy tego dla dziengów)
Ale u Mariana ludzi w opór, tak że koniec kolejki wpadał do Regi. Zjedliśmy więc i wypiliśmy piwo obok, u konkurencji, ale zapomnieliśmy nazwę, więc słaba reklama. W każdym razie był to pierwszy moment, w którym Tomek zauważył jeden z hitów wybrzeża czyli czapkę z uszami, które stają na sztorc. Czapka razem z dmuchańcami/cymbergajami oraz kręconą frytką będzie waszą Świętą Trójcą, jeśli pojedziecie na wybrzeże z dziećmi.
Za Mrzeżynem wróciliśmy na plażę, ale szybko nas z niej wygoniła pogoda. Już chwilę wcześniej zaczęła się psuć. Bałtyk latem jest miejscem arcysłonecznym, z pogodą plasującą się gdzieś między Kanarami, Karaibami, a piekarnikiem konwektorowym. No chyba, że pada.
Deszcz zaskoczył nas w Rogowie. Zeszliśmy z plaży przez obiekty Wojskowego Domu Wypoczynkowego, ale nikt do nas nie strzelał. Pogoda była zresztą dobrą wymówką, bo tak naprawdę nogi powoli zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Problematyczne stały się odciski. Kubie zaczęły się odzywać stopy. A Rogowo samo w sobie jest miejscowością niezwykle interesującą. W miejscu wciśniętym miedzy Bałtyk a jezioro Resko człowiek postanowił jeszcze nawpierdalać tyle hoteli ile się da i takiej wielkości jakiej się da. Tzn. się nie da, bo pewnie ośrodek Rogowo Pearl niewiele ma wspólnego z przepisami budowlanymi.
Znaleźliśmy lokum w ośrodku wypoczynkowym Wiktoria nad jeziorem Resko po długiej i burzliwej debacie, czy już wystarczy, czy iść do Dźwirzyna, zakończonej głosowaniem (wynik 3:0). W hotelu na dużym zmęczeniu obejrzeliśmy magazyn „Gol”, w którym Jacek Jońca przekonywał, że dla Legii najlepszym rywalem w ćwierćfinale byłoby FC Nantes, a niekoniecznie Juventus, Ajax czy nawet Panathinaikos. Lało już wtedy jak z cebra.
Wcześniej jednak spędziliśmy miły wieczór w pobliskim barze, będącym drewnianą budą. Znacie te klimaty – pełno niemieckich turystów grających w bilard, ich dzieci popijające radlery i plansza do rzutków na ścianie. A do tego wszystkiego niespokojny deszcz bębniący o drewniany dach. Humory były marne, nie takiej pogody oczekiwaliśmy na następny dzień, a mając już w nogach 100 km w trzy dni powoli dochodziliśmy do wniosku, że lekko przesadziliśmy z tempem. Stoczyliśmy więc z Niemcami zwycięski bój o dostęp do dartów – nie stawiali oporu – które okupowaliśmy przez godzinę. A idąc spać z niepokojem myśleliśmy o następnym dniu.
Dzień 4.
Sunrise, sunset
Rano padało. Zapowiadał się marny dzień. Noga za nogą powlekliśmy się drogą między morzem a jeziorem, w cieniu wyrastających wieżowców hotelowych do Dźwirzyna. A tutaj, w restauracji Mesa zjedliśmy zaskakująco dobre szwedzkie śniadanie, padać przestało, niebo lekko zaczęło się przejaśniać, humor się poprawiał i nawet dmuchańce tak bardzo nie wkurwiały.
Dzień czwarty był nietypowy, bo wiedzieliśmy, że czeka nas przedarcie się przez pierwszą metropolię na trasie. Kołobrzeg. Pireus Północy lub Sztokholm Południa (lub Hawr Północnego Wschodu). Obejść go nie sposób, trzeba kombinować, ale najpierw trzeba do niego dojść. Ruszyliśmy plażą, również dość pustą, ale łatwo nie było, bo można było czuć dystans, który przeszliśmy. Przemek wlókł się z trudnością, Tomek wyrwał do przodu i czekał na nas dopiero w Grzybowie. Tam wypiliśmy kawę, położyliśmy się na plaży obserwując ojca uczącego swoje dziecko grać w piłkę. Syn Lewandowskim nie będzie, podobnie jak ojciec nie był (ale Lenczykiem zawsze może być).
Za Grzybowem zeszliśmy z plaży wchodząc w obszar leśny Parku Jedności Narodowej w Kołobrzegu. Po przebiciu się do miasta wyszło na to, że najlepszym rozwiązaniem jest przejechanie miasta taksówką. Tak, tu trochę oszukaliśmy, ale jeśli pójdziecie w nasze ślady, musicie wiedzieć, że przebijanie się przez miasto i szukanie przeprawy przez Parsętę zajmie wam cały dzień. Tymczasem taksówkarz (drugi, bo pierwszy nie przyjechał, naszemu rozjuszeniu daliśmy wyraz dzwoniąc jeszcze raz do centrali i tłumacząc, że już nie chcemy kolejnego, po czym zadzwoniliśmy do kolejnego) z zadowoleniem przewiózł nas pod amfiteatr na drugim końcu miasta. Nawet nie był zły, że mu zapiaszczyliśmy bagażnik. Na wysokości amfiteatru zjedliśmy rybę w Kamiennym Szańcu z tarasem wychodzącym na morze, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę.
Polskie wybrzeże ma dwie odsłony, albo jest dzikie i trzeba iść plażą lub przedzierać się lasem, albo nie jest, bo jest promenadą zbudowaną za unijne pieniądze plus obowiązkowo droga rowerowa i jakiś staw z drewnianym pomostem i dwoma kormoranami, dzięki czemu całość można obrandować jako „park krajobrazowy”. Za Kołobrzegiem mamy ten drugi wariant.
Tym jednak co górowało nad pejzażem tej części wybrzeża było słońce. Nie to na niebie, ale wielka twarz z promieniami zawieszona wiele metrów nad sceną, która ukazała się nam na jakimś wielkim, trawiastym i opuszczonym polu. Oczywiście nikt z nas nie wiedział, że znaleźliśmy się na Sunrise Festival, tyle że chyba tuż po samym festiwalu i że to chyba jedna z największych imprez muzyki elektronicznej, taka o zasięgu światowym i że najzupełniej przypadkiem odbywająca się na lotnisku w podkołobrzeskim Podczelu, czyli na trasie naszego marszu.
Nie wiedzieliśmy też, że najpewniej byliśmy ostatnimi osobami na świecie zapatrzonymi w fizjonomię wspomnianego słońca. Rok później pandemia powstrzymała Sunrise, a potem okazało się, że kołobrzescy radni zaczęli mieć wątpliwości, a organizator „czuje się jak zbity pies”, co można wyczytać na stronie festiwalu.
W każdym razie ruszyliśmy dalej. Idzie się trudno gdy lewa stopa robi się dwa razy większa od prawej. Ten problem dopadł Kubę, być może dopadnie też was, jeśli ruszycie naszymi śladami. Spuchnięta stopa potrzebuje odpoczynku, a o ten trudno, gdy dzień w dzień się idzie. Co robić? Stawiać stopę w jeden ustalony, najmniej bolesny sposób, pilnować tempa, luzować sznurówki, nie ściągać buta, jest nie jest to konieczne, bo potem trudno go włożyć, nie wkurwiać się na współtowarzyszy, bo to nie ich wina. No i modlić się, żeby nie zaczęła puchnąć druga stopa.
Powoli, promenadą za unijne pieniądze, zbliżaliśmy się do Ustronia Morskiego. Niech nazwa was nie zmyli. Ustronie nie jest ustronne. Już kilka kilometrów przed trzeba uciekać przed autami na pedały oddanymi w ręce i nogi pozbawionych odpowiedzialności dziesięciolatków. Kilkaset metrów przed główną ulicą trzeba się przebijać przez tłum z watą cukrową i kręconą frytką. Główna ulica Ustronia jest jak Vegas. Tu cyrk, tam wesołe miasteczko, z lewej sklepy świecidlane, z prawej alkohole 24h. Miejsce lekko nierzeczywiste. Jeśli przyjdzie koniec świata, ale nie od razu, tylko tak za trzy-cztery dni, żeby ludzie mogli rzucić wszystko w pizdu i oddać się hedonizmom w ostatnich godzinach życia, będzie to wyglądało tak, jak Ustronie Morskie wieczorem w środku lata.
Znaleźliśmy nocleg w bardzo przyjemnym domku jednorodzinnym, w którym gospodarze właśnie mieli jakąś rodzinną imprezę, więc domownikiem, który interesował się nami najbardziej był pies. Zakupiliśmy alkohole w pobliskim sklepie spożywczym sieci Dino. Wiedząc, że dzień później nigdzie nie idziemy, należy nam się dzień odpoczynku dla podratowania zdrowia, postanowiliśmy się napić. Odpędzając wspomniane zwierzę domowe od naszej Nalewki Babuni i spacerując po nocnych ulicach i plażach Ustronia, cieszyliśmy się, że jutro luz.
Dzień 5.
Dzień przerwy - impresje
Leżąc dzień wcześniej na plaży, popijając Nalewkę Babuni i obserwując ludzi z wykrywaczami metali buszującymi po piasku, pomyśleliśmy, że można by rozrzucać kapsle z napisem „Próbuj dalej!”
Wchodząc do apteki w Ustroniu i mówiąc półszeptem pani za ladą, że puchną stopy, Kuba nie spodziewał się usłyszeć „Naturalnie, nic nie musi pan mówić”, po czym zobaczyć szufladę z tysiącem maści, olejów i innych specyfików na tę przypadłość.
Od razu ruszyliśmy do zorganizowania sobie kolejnego noclegu. Nic tak nie wkurwia na polu namiotowym jak niby śmieszne napisy na każdym kroku tłumaczące, jak masz się zachowywać, co robić czego nie robić, obok podobnych napisów przekonujących jak bardzo jest to luzackie pole namiotowe.
Pamiętajcie – jebać te napisy. Pierwsze co zrobiliśmy na tym polu to pranie.
Plaża przed obiadem jest miejscem gdzie trzeba się bić o miejsce. Tym bardziej że w ustroniu jest wąska, w dodatku chroniona betonowymi blokami, więc Szwed plaży nie zdobędzie. Jest też miejscem na którym nie da się nudzić. Można robić mnóstwo rzeczy – można leżeć na plecach, można leżeć na brzuchu, można leżeć na boku. Można też na przykład obserwować awantury innych plażowiczów, wybierając sobie tego, któremu się kibicuje.
Jeśli zaśniecie na plaży, obudzi was traktor-śmieciarka.
Promenada we wschodnim Ustroniu to rejon ekskluzywnych hoteli i restauracji. Szczególnie polecamy Beach Bar Max. Rewelacyjne miejsce, w którym siedzi się na drewnianym tarasie, ponad drzewami, z widokiem na krawędź plaży i może, a bez widoku na tłum ludzi. Z głośników leci „Paris, Paris” i „Orinoco Flow”. Przy stoliku obok usiadła para. Dziewczyna wyraźnie znudzona, trudno powiedzieć czy towarzyszem, czy muzyką, ale jeśli to drugie, to…
W Ustroniu jest też knajpa, która sprywatyzowała molo. Żeby wejść na molo, trzeba wejść do knajpy, niech się bujają.
Dzień bez ryby, dniem straconym. Warto też umiejętnie wybierać zupę rybną, bo można trafić na prawdziwe perełki.
Dzień 6.
Majonez
Obudziło nas puszczanie bąków w namiocie obok. Lokator próbował rozśmieszać w ten sposób lokatorkę, z odgłosów wynikało, że udanie. Cóż, co kto lubi… Było wcześnie rano, ale nas to nie zmartwiło, bo planowaliśmy wyjść wcześnie. Trzeba się było bowiem przebić przez Ustronie. W altance pola namiotowego pozostawiliśmy butelkę piwa. Wymagający ekstremalnego wysiłku wyczyn wymaga czasem pójścia na kompromis i dla uzyskania lżejszego plecaka, rezygnacji nawet z takich zapasów.
Przeszliśmy przez puste Ustronie i nawet kawałek dalej, mijając po drodze zagubioną w nadmorskim lesie jednostkę wojskową. W tym momencie zza bramy wyszedł oficer w niepełnym umundurowaniu, co świadczyło o ciężkiej nocy. „Jest porucznik S…ski?” – spytał wartownika. „Jedzie” odparł tamten. „S…ski… zawsze się spóźnia”, a my czym prędzej oddaliliśmy się przechodząc Czerwoną Rzeczkę i skręcając w stronę morza.
Chłodna bryza, chmury na niebie i latające tu i tam mewy były tłem jednego z najbardziej pamiętnych obrazów tej wyprawy, bo gdy przeszliśmy wydmę oczom naszym ukazał się idący wzdłuż brzegu człowiek, który na fletni Pana grał motyw z „Titanica” (ten, co to Celine Dion śpiewa, że jej serce cały czas bije dla tego, którego zjadły ryby). Pora była dość wczesna a wiatr gnał dźwięki na wschód, więc zasłuchali ruszyliśmy dalej.
„A dlaczego na wschód?” – zapytacie (choć swoją drogą o co innego moglibyście zapytać, o piękno i metafizykę tej chwili, człowiek w końcu, kurwa, nie wiadomo skąd się wziął i dokąd poszedł, grał na pustej plaży na fletni, ja pierdolę…). Otóż dlatego, że latem nad Bałtykiem co do zasady wiatry są zachodnie. Dlatego planując wyprawę Brzegiem Bałtyku ™ lepiej iść tam, a nie z powrotem. Łatwiej. Sprawdziliśmy to.
Plaża jest na tym odcinku bardzo przyjemna, raczej bezludna. Na horyzoncie ładnie prezentowała się latarnia w Gąskach. Gorzej zrobiło się przed Sarbinowem, które okazało się plażą najbardziej zawaloną ludźmi, podczas całej wyprawy. Bardziej niż w Międzyzdrojach, bardziej niż w Ustroniu. Ludzi nie trzeba by tam było pakować próżniowo, bo zajmowali po horyzont każdy skrawek wolnego piasku. Szczęśliwie w Sarbinowie jest też wygodna promenada, która pozwala na ominięcie części tłumu.
Przydała się. Odpoczynek w Ustroniu pomógł doraźnie. Tomek narzekał na kolano, poza stałymi problemami z odciskami. Za to lewa stopa Kuby była czerwona i dwukrotnie większa niż normalnie, prawa też zaczęła puchnąć.
Kawałek dalej skręciliśmy w ląd i trafiliśmy do Chłopów, czyli miejscowości gdzie można spędzić wczasy, jak już trzeba z ludźmi. Chłopy próbują jeszcze wyglądać jak nadmorska wieś, z jedną główną wąską ulicą, pobielonymi domami i właściwie bez cymbergajów, automatów, dmuchańców, a więc jest to miejsce, gdzie poza odgłosami ludzi, jest cicho. Kończy się lasem, przed którym stoi toi toi, do którego Kuba chciał się wbić na drugiego, ale ta pani powinna pamiętać, że takie rzeczy się zamyka.
Dalej minęliśmy 16. południk co zasygnalizował stosowny kamień (chyba nie można go nazwać „milowym”, co ciekawe piętnasty przemknął bez echa, a musiał być gdzieś między Trzęsaczem, a Rewalem), las powoli zaczął przechodzić w coś na kształt parku, co zasygnalizowało nam, że zbliżamy powoli się do Bałtyckiej Stolicy Polski. Tak, dobrze podejrzewacie, do…
…MIELNA!
Wcześniej jednak problemem była maszyna do robienia drogi rowerowej, którą trzeba było obejść lasem, a robotnicy zamiast pracować opowiadali sobie anegdoty o brygadziście zwanym „Majonezem”. „Majonez” chyba jest ostry, jest brygadzistą nad brygadzistami, ale nie dane nam było go poznać, bo dopiero miał przyjechać. Ale musiało być grubo.
Mielno! To Mielno! O którym śpiewają, że trzeba zobaczyć Mielno i umrzeć (często szybko po zobaczeniu). Jak każdy pobożny muzułmanin choć raz w życiu powinien odwiedzić Mekkę, jak każdy fascynat opery choć raz powinien posłuchać Nabucco w La Scali, tak każdy prawdziwy Polak przynajmniej jeden jedyny raz pojedzie do Watykanu, na Wawel do pary prezydenckej, no i do Mielna.
Ale było jakieś wczesne przedpołudnie, wszyscy na plaży, więc z łatwością znaleźliśmy miejsce na obiad w restauracji pełnej kwiatów, który był bardzo przyzwoity. Po spożyciu po raz któryś z kolei przystąpiliśmy do nierównego pojedynku z automatem chwytającym pluszaki (w Mielnie to jedna z mniej efektowych rozrywek bo wybrać można m.in. kolejkę górską, dom strachów, lub wypożyczenie jeżdżącego sztucznego jednorożca). Po raz kolejny nas oszukał.
Podczas obiadu uznaliśmy, że chcemy zobaczyć plażę w Mielnie jako zjawisko socjologiczne, więc główną trasą, w tłumie ludzi się tam powlekliśmy. Wygląda tak, jak sądzicie, że wygląda. I dojście do plaży, i sama plaża, drewniano-metalowa promenada, która prowadzi w kierunku Unieścia to zawalony ludźmi i głośny kanał. Nie ma o czym pisać.
Dowlekliśmy się na pole namiotowe w Unieściu w raczej słabej kondycji psychicznej. Kierownik pola kazał na szukać miejsca. Jedyne sensowne było pod ogrodzeniem, przy stercie materiałów budowlanych. Nikomu nie chciało się wypakowywać kijków. Kuba usiadł na trawie i nie miał siły zdjąć butów. „Wiecie co, jak na was patrzę… Dam wam przyczepę w cenie namiotu, skoro i tak na jedną noc…” – zlitował się nad nami szef, gdy poszliśmy powiedzieć gdzie chcemy się rozbić. Co tu mówić, uratował nam wieczór, może życie. Mieliśmy spać pod płotem, czuliśmy się, jakbyśmy wylądowali w Bristolu.
Szybki prysznic, skok na plażę, pobieżna ocena metodą prób lokalnej bazy gastronomiczno-rozrywkowej i skończyliśmy wieczór przy na ławce przed przyczepą. Bo warto wiedzieć, że każda przyczepa na polu kempingowym ma też przypisany drewniany stół zewnętrzny, oraz drewniane ławy zewnętrze, a cóż więcej potrzeba do przyjemnych wakacji. Popijaliśmy więc piwko, lecząc odnóża i zdając sobie sprawę, że w tym roku do Gdańska raczej nie dojdziemy.
Dzień 7.
Książę Dąbkowic
Po szybkim śniadaniu zeszliśmy w Unieściu na plażę i ruszyliśmy na północ, za Mielnem bowiem linia brzegowa ostro skręca w tym właśnie kierunku. Nie ma co ściemniać – tempo było wolne, plaża niewygodna. Ale dużego pola manewru nie było, bo na tym odcinku idzie się między morzem i jeziorem Jamno. Po kilku męczących kilometrach zdecydowaliśmy się skręcić w las. A zejście w las to w podróży Brzegiem Bałtyku™ zawsze kuchnia pełna niespodzianek.
Weszliśmy z plaży do lasu bramą do ośrodka wczasowego „Irena”. Na oko dziesięcioletnia dziewczynka, którą za barem poprosiliśmy o nalanie nam piwa, powiedziała, że musi zawołać kogoś dorosłego. Gdy siedzieliśmy na zewnątrz, obok pojawiła się dwudziestoosobowa grupa karateków, którzy zaczęli ćwiczyć pod sosnami.
Żeby nie męczyć się na piachu, poszliśmy do Łazów asfaltem. Rzeczywistość była przeciw nam i coraz mocniej nas wkurwiała. Upał, ból, sklep w Łazach, w którym nie było towaru. Obiad zjedliśmy w restauracji, w której rybę ozdabiano niemiecką flagą, być może wzięto nas za obcokrajowców. Kawałek za Łazami znów wróciliśmy na plażę, żeby nie iść całego dnia bez morza.
Przy wszystkich męczarniach tego dnia warto wspomnieć, że trafiliśmy na całkiem przyjemny kawałek wybrzeża. Znów między Bałtykiem a jeziorem, tym razem Bukowo. Efektowny jest tam widok ze szczytu wydmy, gdy z obu stron jest woda (tak słyszeliśmy, bo po wydmach chodzić nie wolno). Ludzi na tym fragmencie nie ma w ogóle, bo nie ma tam ani żadnej wsi, ani nawet drogi, która kończy się w Łazach. Zrobiliśmy więc długi postój poświęcony na opalanie i kąpiele (w wodzie nogi bolą mniej). Rozważaliśmy też nocleg na plaży (rozważaliśmy, bo obozować na plaży też nie wolno).
W końcu po kilku godzinach bezludnego marszu zdecydowaliśmy się przejść przez wydmę w miejscu, w którym wg. mapy miała leżeć wieś o nazwie Dąbkowice.
Gdy Henry Morton Stanley w 1871 r., po wielodniowym przedzieraniu się przez dżunglę, rozchylił liście i nagle objawił mu się dr Livingstone w otoczeniu tubylców, tak my, przekraczając wydmę trafiliśmy po drugiej stronie na… pole namiotowe. Okazało się że skorzystaliśmy z jedynego wejścia na plażę po kilku kilometrach tuż obok domu strażnika Urzędu Morskiego. Dąbkowice to bowiem miejscowość składająca się z czterech posesji na krzyż, ulokowanych na wąskim pasku ziemi miedzy morzem a jeziorem, z czterema ośrodkami wczasowymi, bez żadnej infrastruktury, z dostępem do świata tylko wąską drogą prowadzącą na północ do Dąbek. Nie ma tam dmuchańców, automatów, pubów, gabinetów figur woskowych, dancingów, etc. Nie ma nawet sklepu.
Z czterech ośrodków otwarte były dwa – wspomniane pole i drugi z domkami. Poszliśmy do tego drugiego, gdzie wolnego noclegu nie było. Cudem, w drewnianym pawilonie, dostaliśmy placki ziemniaczane, lody i piwo. Cudem, bo obsługująca nas córka właściciela śpieszyła się na dyskotekę do Dąbek. Gdy pojechała, baza gastronomiczno-rozrywkowa w Dąbkowicach zniknęła. Właściciel w temacie noclegu skierował nas do Króla Dąbkowic.
Wróciliśmy na pole, weszliśmy do największego budynku przy jeziorze i trafiliśmy do mieszkania jowialnego młodego człowieka, który przedstawił się jako Książę Dąbkowic (niedokładnie tak, ale mniej więcej), skierował nas do ojca, czyli do drugiego domu, położonego tuż przy wydmie, obok miejsca z którego przyszliśmy. Tak spotkaliśmy Króla Dąbkowic.
Król, czyli wspomniany wcześniej strażnik wybrzeża, w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, przyjął nas w gabinecie, za drewnianym biurkiem, pod wiszącą na ścianie skórą z dzika. Od razu zorientowaliśmy się, że nie ma żartów, a rozważany wcześniej nocleg na wydmie, źle by się skończył. „Jak widzę te cymbergaje, to mi się rzygać chce” – odparł, gdy próbując zagaić rozmowę zauważyliśmy, jak tu cicho i przyjemnie. Włości Króla to bowiem miejsce wyjęte z tego wszystkiego, co znamy pod hasłem „polskie wybrzeże w wakacje”. Spokój, rodzice z dziećmi wędkują w Bukowie, plaża pozbawiona ludzi w promieniu pięciu kilometrów. Sielanka.
A dziedzic? Po rozłożeniu namiotu zagadaliśmy się z Księciem Dąbkowic, rezydującym po drugiej stronie włości. Książę obiecał zorganizować fajki, bo znajomi znajomych jechali do Dąbek. Opowiedział nam o życiu i o świecie. Wciągnięty w rozmowę o prawie o ruchu drogowym, nazwał Kubę „gagatkiem”, opowiedział, jak wyrzucił turyście komórkę w krzaki, zwierzył się z blasków i cieni swojej historii. W międzyczasie uratował dziecko przed przejechaniem, przez cofające auto. Gdy po dwóch godzinach byliśmy przekonani, że „znajomi znajomych” uciekli z pieniędzmi, a jeśli będziemy się zbyt mocno domagać rekompensaty, skończymy w jeziorze, przyjechały papierosy.
Na zachód słońca poszliśmy na plażę, prywatnym wyjściem Króla, razem z kilkudziesięcioma mieszkańcami Dąbkowic (oglądanie zachodu słońca to jedna z bardziej emocjonujących rozrywek w Dąbkowicach). Piękniejszego w czasie tego wyjazdu nie widzieliśmy. Potem poszliśmy spać.
Książę Dąbkowic – bonus, czyli Brzegiem Bałtyku™ od kuchni
Na pewno jesteście ciekawi jak powstaje nasza strona. Każdy wpis na początku skłąda się z przypomnianych wrażeń, a poniżej możecie przeczytać konspekt „Księcia Dąbkowic”. Smacznego!
1. wyście plażą w Unieścia
2. z plaży schodzimy zejściem przed Łazami i wychodzimy w ośrodku „Irena”
3. tam dziecko nie może nam nalać piwa i woła kogoś, a w lesie pojawiają się karatecy
4. z „Ireny” idziemy na asfalt i Dybal na pytanie Gosza „w porządku?” odpowiada „nie kurwa, nie w porządku”
5. chodnikiem docieramy do centrum Łazów, gdzie w knajpie „tego nie ma”, „tamtego nie ma” Gosz się wkurwia i wychodzi
6. na obiad siadamy w dużej knajpie, gdzie do ryby wstawiają flagi niemieckie
7. idziemy najpierw chodnikiem wzdłuż lasu, żeby nie wchodzić w ludzi i dopiero później schodzimy na plażę ostatnim zejściem
8. ciężko się idzie
9. jebnęliśmy się na plaży, Dybal na wydmę się wpierdolił. Potem poszliśmy spać a on kąpać, jak się obudziliśmy to mysleliśmy, że utonął, bo gdzieś polazł
10. mamy dość i schodzimy z plaży, okazuje się, że to prywatne zejście króla Dąbkowic
11. idziemy asfaltem i szukamy knajpy, jedyne co jest to drugi czynny ośrodek, gdzie córka się spieszy, bo jedzie do Dąbek na dyskotekę (szybko zamawiamy placki i jakieś lody jeszcze), facet wędzi ryby na zamówienie i mówi, że nie ma wolnych domków – kieruje nas do króla Dąbkowic
12. idziemy do króla na pole, szukamy administracji i pakujemy się do mieszkania księcia, który do nas krzyczy jakoś śmiesznie
13. odsyła nas do domu króla, gdzie pada tekst „jak widzę te cymbergaje, to mi się rzygać chce”
14. rozkładamy namiot, ktoś prawie rozjeżdża dziecko cofając, na ratunek biegnie oczywiście książę
15. ktoś wędkuje z dziećmi, sielanka
16. zamawiamy fajki u księcia, który opowiada, jak wyjebał turyście komórkę w las i przy rozmowie o przepisach ruchu drogowego nazywa Dybala „gagatkiem” („ty jesteś niezły gagatek)
17. dowożą nam fajki po jakichś dwóch godzinach, w tym czasie książę opowiada o życiu prywatnym
18. na plaży oglądamy piękny zachód słońca
19. później nie bardzo jest co tam robić i jest zimno, idziemy spać
Dzień 8.
Koniec w Dąbkach
Trasa do Dąbek w połowie prowadziła nas szosą w lesie, a w połowie plażą. Już wiedzieliśmy, że to koniec na ten rok. Nasze fizyczne możliwości się skończyły. Idąc drogą, jedyną z Dąbkowic, szukaliśmy miejsc, w których Książę Dąbkowic ukrywa w krzakach turystów, których przejechał, bo odważyli się głośno rozmawiać przez telefon.
Za Kanałem Szczuczym zeszliśmy na plażę. Nie była wygodna – grząski piach i brak pasa tuż przy wodzie. Ale krok za krokiem wracaliśmy do cywilizacji. Na horyzoncie zaczęły się pojawiać pierwsze parawany. Szybko doszliśmy do zejścia z plaży w Dąbkach. Tu skończyła się nasza podróż plażą A.D. 2019.
Dąbki bez historii, szybko znaleźliśmy autobus do Darłowa. Tam zwiedziliśmy kawał miasta, w pobliżu rynku, w barze mlecznym zjedliśmy jaja sadzone z ziemniakami i mizerią zapijane kompotem. Bez dużych marszów, nie nadwyrężając nóg, poczekaliśmy do przyjazdu autobusu do Słupska, a tam wsiedliśmy w pociąg do Lęborka, by następnego dnia wrócić do Warszawy.
2020
Dzień 9.
Dąbki - Jarosławiec
- Do Dąbek jedziemy raniutko z Lęborka (pociąg + autobus)
- W Dąbkach obczajamy mapę wybrzeża i schodzimy na plażę.
- Idzie się przyjemnie. Mijamy plażę w Bobolinie z bunkrami.
- W Darłówku schodzimy w miasto. Jemy lody, przechodzimy przez śmieszny most pieszy i patrzymy jak na końcu rozrastają się nowe apartamentowce.
- Dalej idziemy piaszczysto-płytową ścieżką, która pięknie biegnie bardzo blisko plaży, którą długimi fragmentami widać ze ścieżki jak na dłoni. Po prawej stronie pojawia się jezioro Kopań. Tamtędy wielu rowerzystów przemierza wybrzeże, w tym ci z oponami od tira.
- Wychodzimy w Wiciach i tam już zaczynają się długaśne parkingi i asfalt + chodnik. Tak aż do Jarosławca, gdzie szukamy noclegu i typ przez telefon nam załatwia tak, że nic nie załatwił i kazał spadać.
- Znajdujemy ogłoszenie na płocie i dostajemy pokój z oknem na turniej ping ponga.
- Wieczorem idziemy w miasto i widzimy, że plaża jest nie do kąpania.
- Pijemy w knajpie Wilk Morski w środku, bo wieje już mocno i jest zimno. Kobita tam nas obsługuje i jest jakaś scena czy coś z drinkiem, ale nie pamiętam dokładnie.
C.D.N.
To nie koniec naszej wędrówki.